W świecie, w którym chomiki nie tylko chrupią marchewkę, ale i badają kosmos, mieszka Nix — mały inżynier o ogromnych marzeniach. Nie boi się wcisnąć między kable ani natknąć na coś… zupełnie niespodziewanego, a jedna drzemka wyrzuca go prosto w przygodę przez całą galaktykę. To ciepła i pełna humoru opowieść o ciekawości, która otwiera nowe światy, i o tym, że prawdziwi bohaterowie rodzą się nie w ciszy, lecz w działaniu.
W dalekim zakątku Wszechświata krążyła cudowna planeta, na której mieszkały wyłącznie chomiki. Był to prawdziwy chomiczy świat, przemyślany w najdrobniejszych szczegółach: okrągłe drzwiczki, przytulne rurkowe tunele, przez które można było śmigać, a nawet ogromne kosmiczne laboratorium z przezroczystymi kopułami, błyszczącymi antenami i nieskończonymi korytarzami, którymi przemykali puchaci naukowcy.
W głębi działu technicznego tego laboratorium mieszkał i pracował chomik o imieniu Nix.
Nix nie był z tych, co całymi dniami grzeją się w przytulnej norce. Był badaczem do samych koniuszków wąsików! Codziennie zwinnie buszował wśród kabli, zaglądał do pudełek z napisem „NIE OTWIERAĆ” i miał jedną bardzo dziwną pasję — po kryjomu ogryzać rogi ważnych rysunków technicznych. Inne chomiki uważały to za brzydki nawyk, ale Nix upierał się, że tak myśli mu się o wiele lepiej.
— Nix, znowu jesteś w komorze baterii? — wzdychała inżynierka Greta, ostrożnie wyciągając go spomiędzy kolorowych kabli.
— Przecież tylko sprawdzałem system bezpieczeństwa — mruczał Nix, ściskając w łapce nakrętkę, której z pewnością nie powinien był dotykać.
Pewnego dnia, gdy błąkał się po hangarze w poszukiwaniu śrubokręta, Nix natknął się na nowiutki moduł kosmiczny, stojący pośrodku hali. W środku było przytulnie: miękkie siedzenie, ciepłe światło i ledwie wyczuwalny zapach orzeszkowych ciasteczek.
„Może chwilkę się zdrzemnę…” — pomyślał, słodko ziewając, i wygodnie zwinął się w kłębek. Aż tu nagle — huk, wibracja, start! Kiedy Nix otworzył oczy, moduł mknął już daleko, hen za granicami jego rodzinnej planety.
Moduł, w którym znalazł się Nix, zbudowano specjalnie po to, by zbadać tajemniczy sygnał dobiegający z dalekiego zakątka kosmosu. Sygnał rozbrzmiewał każdego dnia — rytmiczny, wyraźny, niczym kosmiczne bicie serca. Ale choćby chomiki nie wiem jak się starały, jego znaczenie pozostawało zagadką.
Tymczasem w laboratorium zamrugały ekrany i zawyła alarmowa syrena.
— Co się dzieje?!
— Moduł wystartował!
— Co?! Przecież nie sprawdziliśmy jeszcze systemu nawigacji!
— Tam… Nix?! On jest w środku?!
— Nie przeszedł ani jednego treningu…
Wszystkich ogarnęła panika!
Tymczasem kapsuła miękko dotknęła powierzchni nieznanej planety. Chomik ostrożnie wysunął nosek, rozejrzał się dokoła i, upewniwszy się, że wszystko jest spokojne, wyszedł na zewnątrz. Przed nim rozpostarł się niesamowity widok: ziemia pod łapkami była miękka jak ciepłe ciasto, a wokół wznosiły się puchate drzewa, podobne do różnokolorowych chmurek, zastygłych pośród czarodziejskiego snu.
Powietrze było ciepłe i pachnące — pachniało karmelem i jeszcze czymś słodkim, zupełnie nieziemskim.
— Ależ to miejsce… — zachwycony szepnął Nix.
Nagle zza pagórka wyskoczyły… flumpy — okrąglutkie stworzonka o miękkim futerku, jaskrawych noskach i wielkich, ufnych oczach.
— Triwi-bo! — zabrzmiało od razu z tuzina buzi.
— Y… cześć? — odpowiedział niepewnie Nix.
— No właśnie! To nasze „cześć”! — uśmiechnęły się flumpy. — Przysłano cię, żebyś nam pomógł?
— Yy… nazywam się Nix. Jestem chomikiem z laboratorium — odpowiedział ostrożnie.
— Nareszcie! Tak długo czekaliśmy! To my wysyłaliśmy sygnał. Bardzo potrzebujemy pomocy z latarnią.
— Z latarnią?... — dopytał Nix, unosząc ze zdziwienia brwi.
Flumpy wyjaśniły: na ich planecie stoi kosmiczna latarnia — urządzenie, które wysyła światło i sygnały, żeby statki kosmiczne nie zbaczały z kursu. Ale pewnego dnia się zepsuła. Od tamtej pory statki przelatujące w pobliżu gubiły się, traciły łączność i nie mogły odnaleźć właściwej drogi.
— Już nie dajemy rady! — westchnął jeden flump. — Wczoraj całą godzinę tłumaczyliśmy kapitanowi Zurbusowi, że nie jest na Marsie, tylko na naszym warzywniaku.
— A w zeszłym tygodniu jeden statek zaparkował na stadionie. W samym środku meczu miękkopuchówki! — dodał drugi.
— Próbowaliśmy naprawić latarnię sami — powiedział starszy flump imieniem Tori — ale okazała się o wiele za skomplikowana. A ty przecież jesteś z działu technicznego, prawda?
Nix nie zdołał powstrzymać uśmiechu. O tak, to była robota w sam raz dla niego!
Nie tracąc czasu, wgramolił się do środka latarni, pogrzebał przy kablach, coś tam podkręcił, dmuchnął dla pewności, wsadził na miejsce wykręconą część — i nagle wszystko ożyło. Najpierw latarnia mrugnęła, potem cichutko zabuczała, a już po chwili jasne promienie pewnie świeciły na wszystkie strony.
— Działa! Znowu działa! — wołały flumpy, radośnie krążąc wokół latarni. Rzuciły się, by uściskać Nixa, i od razu wręczyły mu na znak wdzięczności swoje słynne ciasteczka z miętowym kremem. Nix nadgryzł jedno — i w tej samej chwili zapomniał o zmęczeniu, o kablach, nakrętkach, a nawet o tym, że przypadkiem poleciał w kosmos. To było najsmaczniejsze ciasteczko w całym Wszechświecie!
— Misja wykonana — uśmiechnął się Nix. — Czas wracać, bo beze mnie w laboratorium pewnie nawet toster się nie włącza.
Flumpy odprowadziły go do kapsuły i uroczyście wręczyły mu pudełko ciasteczek z miętowym kremem — „na wypadek międzygalaktycznego głodu”, żartowały. A na dodatek podarowały mu małą, złocistą gwiazdkę z wygrawerowanym napisem: „Nix — mistrz kosmicznych napraw”.
Kapsuła z Nixem wylądowała na miękkiej ziemi na dziedzińcu laboratorium, tuż obok pojemnika z zapasowymi trybikami.
— Lądowanie udane — mruknął Nix, wyglądając z włazu. — Przynajmniej nic nie wybuchło.
Po chwili ze wszystkich stron zbiegły się chomiki.
Ktoś niósł chorągiewkę z napisem „Nasz bohater!”, ktoś inny ciasto z orzeszkami, a jeszcze ktoś — baloniki.
— Naprawdę tego dokonałeś? — wołały.
— Sam jeden naprawił międzyplanetarną latarnię!
— I wrócił jeszcze bardziej puchaty! — zażartował jeden z kolegów.
Nix tylko się uśmiechnął i powiedział:
— Ależ to nic wielkiego — trochę podkręciłem, trochę dmuchnąłem… całkiem zwyczajna międzygalaktyczna naprawa. Wszyscy się śmiali i klaskali. Od tamtego dnia w laboratorium wiedziano: czasem właśnie ten, po którym najmniej się spodziewano, potrafi dokonać czegoś naprawdę wielkiego.
A Nix wyniósł ważną naukę: kiedy naprawdę dobrze znasz swój fach, nawet najbardziej niespodziewana przygoda może stać się twoją gwiezdną chwilą. Bo wiedza pomnożona przez zdecydowanie zawsze znajdzie drogę do sukcesu.